Reply to Szkody łowieckie

Marecki
By Marecki,
Kto zgadnie, z jakiego to filmu ??? @ar, nie podpowiadaj. ;)   Na początku listopada zgłosiłem do koła łowieckiego wystąpienie na mojej uprawie szkody łowieckiej. Szkoda miała miejsce na pastwisku i pszenżycie ozimym. W największym stopniu zniszczeniu uległo pastwisko. Szkody zostały wyrządzone przez dziki. W kolejnych dniach wystąpiły dalsze szkody, dlatego trzy dni później ponownie zgłosiłem zaistniałą szkodę. Mimo to koło nie zareagowało na żadne z tych zgłoszeń. Dlatego na początku marca ponownie zgłosiłem zaistniałe jesienią ubiegłego roku szkody. W odpowiedzi otrzymałem pismo o zmianie osoby upoważnionej do przyjmowania szkód wyrządzonych przez zwierzynę łowną. Wysłałem kopię zgłoszenia szkody na podany w piśmie adres, mimo że w Urzędzie Gminy poprzedni adres do zgłaszania szkód łowieckich jest nadal aktualny. Otrzymałem od sekretarza koła po siedmiu dniach wiadomość sms o treści: "SZACOWANIE.SZKODY.JUTRO.DO.POÅUDNIA." Tym samym koło nie dotrzymało terminu o poinformowaniu mnie o szacowaniu do dwóch dni przed.   Po wyjściu z samochodu sekretarz koła rzucał w moją stronę złośliwe komentarze, nazywał kłamcą i oszustem. Zanim doszliśmy na miejsce szkód krytykował mój wybieg dla bydła, bo jego zdaniem to miejsce powinno inaczej wyglądać. Na miejscu zarzucał mi wyłudzenie rok temu odszkodowania, które jego zdaniem nie należało mi się, mimo że doszliśmy wtedy do ugody. Twierdził również, że za otrzymane pieniądze nie kupiłem nasion traw i nie siałem ich, a jedynie wyrównałem pastwisko bronami, co w żadnym wypadku nie jest prawdą. Szukał na pastwisku mchu, żeby udowodnić mi zły stan uprawy i brak wapnowania gleby. Pokazywał puste miejsca i suchą trawę, nazywając to pastwisko ugorem. Na nic zdały się moje wyjaśnienia, że z powodu późnej i zimnej wiosny rośliny nie rozpoczęły jeszcze wegetacji i nie wypuściły tegorocznych pędów. Machał cały czas jakimś wydrukiem zawierającym zalecane proporcje składu ilościowego mieszanki roślin, jakie powinny być na pastwisku. Jednak nie podał ani autora, ani źródła tego wydruku, nie pozwolił do niego z bliska zajrzeć, co nasuwa wątpliwości odnośnie jego fachowej wartości i pochodzenia.   Potem miał miejsce kolejny dziwny fakt. Sekretarz koła, będący dalej szacującym, zażądał, że idziemy obejrzeć szkody w owsie. Zdziwiłem się, gdyż żadnych takich szkód nie zgłaszałem. Jednak on uparcie twierdził swoje i że idziemy obejrzeć te szkody. Poprosiłem go o pokazanie mi zgłoszenia tych domniemanych szkód w owsie. Po chwili szukania w teczce pokazał mi moje zgłoszenie, wskazując dumnie na napisaną przeze mnie treść zgłoszenia "owies - powierzchnia 2 ha". Ale gdy pokazałem mu tytuł i treść tego druku, że jest to zgłoszenie założenia uprawy, a nie zgłoszenie szkody łowieckiej, to zaniemówił, a potem krzyczał, że jego takie zgłoszenia nie interesują, że jego obchodzą tylko zgłoszenia szkód, a tym moim papierkiem to sobie może coś podetrzeć. W każdym razie dziwny jest fakt, że osoba będąca sekretarzem koła łowieckiego i szacującym te szkody nie potrafi odróżnić dwóch różniących się od siebie treścią i celem składania zgłoszeń.   Następnie sekretarz powiedział, że idziemy obejrzeć zgłoszone przeze mnie szkody na pszenżycie ozimym. Przeszedł przez moje ogrodzenie na pastwisku, wszedł na żyto sąsiada, doszedł kilka metrów dalej do miejsca gliniastego, gdzie widać było bryły ziemi i powiedział z uśmiechem do stojącego obok mnie skarbnika koła (drugiego szacującego) "Widzisz? Tak jak wtedy mówiłem. Tu prawie nic nie wzeszło." Dopiero gdy go uświadomiłem, że to nie pszenżyto, a żyto i nie moje, a sąsiada, to chrząkał i wrócił przez miedzę na moje pole. Więc skoro szacujący oglądając zboże sąsiada twierdzi, że jest to moje zboże i że jego zdaniem źle uprawiam, to czy można się od niego spodziewać rzetelnego i prawidłowego szacowania szkód łowieckich?   W drodze powrotnej na podwórko nie potrafił odpowiedzieć na moje pytania, dlaczego od jesieni dopiero teraz zareagowali na moje zgłoszenia. Nie obchodził go też fakt, że czekając na szacowanie nie mogę prowadzić żadnych upraw, żeby nie zniszczyć dowodów, co spowodowało, że od prawie pięciu miesięcy nie mogłem nic zrobić na tym pastwisku. Ruń jest ciągle zniszczona, zbuchtowana przez dziki, porasta chwastami, nie mogę prowadzić bardzo potrzebnego w tym czasie nawożenia, ani nie mogę swobodnie korzystać z tej uprawy. Mimo to koło nie czuło się zobowiązane do terminowego szacowania.   Poza tym po szacowaniu (o ile tak wygląda szacowanie) szacujący nie sporządzili protokołu szacowania, wobec czego przysługującej mi kopii protokołu również nie otrzymałem. Jednocześnie nasuwa to poważne obawy co do uczciwości tego szacowania.   Wsiadając do samochodu sekretarz powiedział mi jeszcze z uśmiechem, żebym tyle papierów nie wysyłał, bo to i tak nic nie da.   Tak wygląda szacowanie szkody łowieckiej po kaszubsku, które miało miejsce u mnie w sobotę.